niedziela, 9 lutego 2014

Wszystko, co jest przed "ale", się nie liczy.

         Siedzę na szkoleniu z komunikacji. Po co dentyście komunikacja? Po to samo, po co potrzebuje jej menadżer, pani sklepowa i moja siostra. I Ty. Żeby się dogadać. Komunikacja jest ...bardzo (tu zwykle zamiast słowa "bardzo" używam słowa niecenzuralnego ;) trudną sztuką. Niby od lat szkolę się w tym zakresie, ale ciągle łapię się na tym, że nie ograniam.

Na ten kurs zaprosiła mnie przyjaciółka, która,  jeśli chodzi o komunikację, stanowi dla mnie od lat inspirację. Jej przemyślenia na ten temat możesz znaleźć tutaj:







Kurs prowadzi Shortek, coach i trener w tej dziedzinie.

- ...i wszystko, co jest przed "ale" się nie liczy - słyszę.

- ?? Nie rozumiem.
Skoro nie rozumiem to domagam się szczegółów. Zatem rozbieramy "ALE" na drobne fragmenty.

- Normalnie - odpowiada Shortek - "Ale" niweluje, jakby przekreśla WSZYSTKO, co stoi przed nim. Weźmy na przykład takie zdanie: "To będzie bardzo trudna i kosztowna procedura, ALE da fantastyczny efekt". W tym zdaniu "ALE" pomniejsza znaczenie faktu, że rozmawiamy o trudnościach i kosztach związanych z jakąś procedurą. Przekreśla je. Zapamiętujesz tylko ten fantastyczny efekt!!

A teraz odwróćmy kolejność w tym zdaniu:"Efekt będzie znakomity, ALE poprzedzajaca go procedura jest bardzo trudna i kosztowna".
Co słyszysz? Punkt ciężkości wypowiedzi przeniesiony został na trudy i koszty zabiegu. Może i efekt będzie znakomity..., jednakże prowdzi do niego jakaś koszmarnie cierniowa droga...Może lekarz chce przenieść na pacjenta nieco odpowiedzialności przy podejmowaniu decyzji?? Albo nie jest pewny swoich umiejętności i wysokością honorarium chce zniechęcić pacjenta? "ALE" działa tak, że to co jest przed nim się nie liczy.


Chciałyśmy zwiedzić Westminster Abbey, ale były takie hordy turystów, że poszłyśmy na lody.....



Ileż to razy słyszysz/mówisz "ALE"??!! I to w jakim zestawieniu!! "Bardzo Cię lubię, ALE nie pożyczę Ci kasy" albo "Lubiłbym podróżować, ALE nie mam na to pieniędzy" i moje ulubione "Chciałbym, ALE się boję".
Jeśli  z przytoczonymi przykładami zestawimy fakt, że wszystko, co jest przed ALE, się nie liczy to  okazuje się nagle, że cała nasza sympatia, pragnienia i chcenia, gdy następuje po nich "ale"...się nie liczą! Nie ma znaczenia, że chciałbyś! "ALE" wszystko przekreśla. A powiedz: "Boję się, ALE chcę". Te same wyrazy, ALE nie to samo :)








                                                                            ****


Do niedawna podstawowym kryterium przy leczeniu endodontycznym były potrzeby operatora. Dobry dostęp i dooooskonaaałaaa widoczność! Mniej myślało się o tym, jak długo ząb będzie funkcjonował po takim zabiegu.  Najważniejsze, żeby endo się udało. A co potem?? Potem choćby potop! Usuwaliśmy bardzo dużo twardych tkanek w imię lepszej widoczności i większej wygody. Efekt takiego działania można skwitować parafrazując starego suchara: zabieg się udał ALE....ząb...nie wytrzymał...


Teraz kryteria się zmieniają. Na pierwsze miejsce wysuwają się potrzeby zęba i potrzeby rekonstrukcji protetycznej. Zatem podejmując się leczenia kanałowego prowadzimy je tak, by nie usuwać twardych tkanek bardziej, niż jest to konieczne i by protetyk mógł później ten ząb odbudować - koroną lub endokoroną.


Żeby przeprowadzić leczenie zgodnie z obowiązującymi TERAZ zasadami, musisz perfekcynie opanować anatomię zębów. Nie bazuj na tym, czego nauczyłeś się w szkole. To niestety trochę za mało. Niezłym podręcznikiem dobrze traktującym ten temat jest Pathway Of The Pulp. Jeśli wolisz formę wykładu - śledź uważnie mój profil na FB. Od czasu do czasu mam wykład poświęcony anatomii :)



Naukę anatomii zacznij od tego, jak wygląda punkt trepanacyjny w każdej grupie zębów. Banał? Pozornie. Czym innym wiedzieć to mniej więcej, a czym innym wiedzieć dokładnie , a potem to zrobić. 




Dostęp w zębie trzonowym dolnym. Po stronie lewej poprowadzony zgodnie z przebiegiem zarysu punktu trepanacyjnego. Po prawej usunięto nadmierną ilośc twardych tkanek.




Pokaż mi swój dostęp, a powiem Ci, kim jesteś ;) Po tym jak wykonany jest punkt trepanacyjny można odróżnić starego wyjadacza od początkującego adepta sztuki endodontycznej. Nie daj się! Nie pozwól, by na tej podstawie oceniano Twoje umiejętności! Opanuj ten etap! Nie zawsze się uda, czasem utrudniona widoczność sprawi, że nie będzie to książkowa trepanacja, ale staraj się! Myśl za każdym razem, że to Twój ząb. 

Przy wykonywaniu zarysu i dostępu chodzi o to, by usuwać niezbędne minium. Im więcej tkanek zostawisz, tym większe szanse ma ząb.


Na etapie leczenia endodontycznego warto wiedzieć, co będzie potrzebne protetykowi (lub Tobie) na etapie odbudowy. Tym magicznym czymś jest obręcz. Obręcz (ang. ferrule) to fragment zdrowej tkanki zęba wystającej ponad linię dziąsła. Najchętniej na całym obwodzie zęba. W dodatku obręcz powinna mieć wysokość, najlepiej 1.5 - 2mm i grubość, przynajmniej 1mm.








Po co Ci obręcz? Zapewnia ona retencję koronie, po prostu. Jej całkowity brak uważa się w tej chwili za wskazanie do ekstrakcji.
Co robi niefrasobliwy endodonta w trakcie leczenia kanałowego? Robiąc sobie osławiony dostęp i uświęcającą wszelkie środki widoczność - niszczy obręcz. Spójrz chociażby na przykład poniżej.



Na lewym zdjęciu na zielono zaznaczyłam prawidłowy zakres trepanacji. Po prawej stronie na czerwono zaznaczyłam zakres trepanacji wykonany przez lekarza prowadzącego podczas powtórnego leczenia kanałowego.

Co, jeśli chciałbyś zaplanować koronę protetyczną na taki ząb?







Jak widać, gdyby zarys wykonany był prawidłowo, mamy duże szanse na zachowanie obręczy a tym samym długotrwałe funkcjonowanie zęba pod koroną. Niestety, w tym wypadku, po oszlifowaniu pod koronę, z obręczy nie będzie już śladu:







Brak obręczy dramatycznie słaba retencja przyszłej korony, a tym samym wzrasta ryzyko utraty zęba w ogóle.


Dziś trafiła do mnie pacjentka z prośbą od lekarza prowadzącego o dokończenie leczenia kanałowego. Wstępne zdjęcie rvg przedstawiało taki oto obrazek:




Dolna prawa dwójka.

Łatwizna - pomyślałam w pierwszym odruchu. Szeeeeeroki kanał, ja autostrada - nie może być prościej! Jednak było bardzo trudno. Mój poprzednik szukał długo. W dnie komory było kilka potencjalnych miejsc, w których mogłam spodziewać się wejścia do kanału/łów. Wreszcie się udało. Po 45 minutach poszukiwań znalazłam kanał.






I nawet przyzwoicie wypełniłam ;) Zatem leczenie kanałowe się powiodło ALE duże zniszczenie części koronowej nie pozwala na postawienie super optymistycznej diagnozy...Wszystko, co jest przed "ALE" po prostu się nie liczy.








sobota, 18 stycznia 2014

Przeklęta niech będzie marchewka

              Ja i moi najbliżsi przyjaciele mamy korbę. Na punkcie jedzenia. Szczęśliwie dopadło prawie wszystkich i niemal w tym samym czasie. Noooo, prawie w tym samym.

      Lubimy dobrą kuchnię, lubimy gotować i lubimy jeść. O dobrym jedzeniu możemy gadać godzinami. Po dobre jedzenie możemy pojechać na drugi koniec miasta (lub świata) albo odstać w kolejce. Wiadomo, że u przyjaciela nie dostaniesz sałatki z glutaminianem sodu albo pirosiarczynem disodowym. Najbliższego kumpla nie dziwi, że unikasz glutenu i z pewnością wyszpera w szafce coś, co go nie posiada, by zaspokoić Twój głód. Kumpel wie, jakim świństwem jest syrop glukozowo-fruktozowy i jaka jest przewaga mleka mikrofiltrowanego nad zwykłym UHaTym. Oczywiście są wśród nas i tacy, którzy krowy w płynie w ogóle nie jedzą, ale wszyscy o tym wiemy i nikt ich do tego nie zmusza słowami: "Pij mleko! Będziesz wielki!".

Część z nas poszła aż tak daleko, że nie je niczego, co miało kiedyś oczy...


Siedzimy przy stole w restauracji. Za nami ciężki dzień kajakowo-rowerowy. Wszyscy zmęczeni...Pani kelnerka roznosi barszczyk. Barszczyk jest czerwony.
Agatka, która nie jada mięsa, mimo zmęczenia jest bardzo czujna. Pyta zaniepokojona:
- Proszę pani, czy ten barszczyk jest na zwierzątku??
- Taaak - odpowiada niepewnym głosem kelnerka - Ale ono już nie żyje!





Zwięrzątkowe wnętrzności nadziewane na szaszłyk...wersja light (serca)

Pani była zadziwiona, że jadłam je, bez mrugnięcia okiem ;)



Świadomość "pokarmowa" jest jednak w naszym społeczeństwie znikoma. Włos mi się jeży na głowie, kiedy zbieram wywiad od rodziców, poszukując przyczyny próchnicy u ich pociech.
- Co pije Antoś, jak chce mu się pić? - pytam.
- Soki, herbatkę - odpowiada zwykle rodzic.
- A wodę?
- A wodę też! Bardzo lubi truskawkową!
- Ale ja mam na myśli zwykłą wodę, na przykład przegotowaną?
- A nie!! Zwykłej wody to Antoś nie lubi.


Wcale nie lepiej wygląda wywiad przeprowadzany u dorosłych, u których stwierdzam ogromne erozje. Wiadomo, co za tym idzie - ubytek szkliwa, nadwrażliwość zębów, zaburzenie wysokości zwarcia. Nie przystępuję do rehabilitacji, póki nie znajdę przyczyny.
- Ile razy dziennie pan je? - pytam.
- Rano wypijam szybką kawę. Potem jem dopiero kolację po powrocie do domu
- A co pan pije w ciągu dnia?
- Colę.
- Dużo?
- Nie. Najwyżej butelkę dziennie.
Rany! Tyle to ja nie wypijam w ciągu roku!!

Jednakże zdrowe jedzenie może być czasem niezdrowe. Przekonała się o tym moja pacjentka wsuwając "pozornie" zdrową marchewkę ;) Podczas odgryzania odłamał się fragment kompozytowej odbudowy.



Licówki wykonano poza moim gabinetem nie tak całkiem dawno (1,5 - 2 lata temu?) i pacjentka jest z nich bardzo zadowolona.










 Wyznając od lat zasadę, że lepsze jest wrogiem dobrego, nawet nie próbowałam proponować pacjentce ich wymiany, a jedynie zasugerowałam naprawę.

W takich sytuacjach mamy dwa problemy: adhezja nowego kompozytu do starego kompozytu i ukrycie granicy pomiędzy odbudową a nowym fragmentem.

1. Najpierw wykonuję miejsce na nowy materiał. Wiertłem diamentowym w kształcie walca z zaokrąglonym czubkiem wygładzam uszkodzony fragment odbudowy, a na jej krawędziach wykonuję stopień typu chamfer



2. Bardzo dobre efekty, jeśli chodzi o ukrywanie granicy pomiędzy starym a nowym materiałem, uzyskuje się piaskując powierzchnię przed bondingiem. Odkryła to moja przyjaciółka Dagmara. Sen z powiek spędzały nam pęcherzyki pojawiające się na powierzchni materiału, a uwidaczniające się dopiero podczas polerowania. To duży kłopot, zwłaszcza na powierzchni wargowej, bo jest to miejsce magazynowania się pigmentu. Próbowałyśmy różnych sposobów na zamknięcie takiego pęcherzyka w sposób NAPRAWDĘ niewidoczny (nawet na dużym zdjęciu pokazywanym podczas wykładów ;o) i okazuje się, że piaskowanie jest najlepszym (jak dotąd ) sposobem. Piaskowanie pozwala także na rozwinięcie powierzchni adhezyjnej: duża ilość mikrozagłębień powiększa siłę łączenia.

Jednakże nie używaj do tego celu piaskarki profilaktycznej. To musi być piaskarka abrazyjna. Na tlenek glinu 50 mikronów. Piaskujemy przez 5-10 sekund z odległości 5mm.

Taka piaskarka nie jest droga. Wrzuć w google "microetcher" a wyskoczy Ci parę firm sprzedających ją. Zwróci się po drugim zacementowanym nakładzie ;)




3. Niektóre badania pokazują, że połączenie pomiędzy starym a nowym materiałem kompozytowym może być nawet o 40% słabsze, niż siła wiązania pomiędzy warstwami świeżo aplikowanego materiału. Stosuje się różne sposoby zwiększania siły tego połączenia http://journals.tums.ac.ir/upload_files/pdf/914.pdf, a najprostszym i najtańszym wydaje się zastosowanie silanu na wypiaskowaną powierzchnię kompozytu.



Co takiego mądrego robi silan? Najprościej i dla klinicysty: Silan ma dwie różne grupy funkcyjne, które reagują z elementami nieorganicznymi, jak na przykład ceramika i organicznymi, jak na przykład żywica. Zatem pomaga w łączeniu materiałów zupełnie do siebie nie podobnych. Dlatego silan stosujemy przy osadzaniu (na cement kompozytowy)  ceramicznych nakładów czy licówek. A jaką rolę pełni on przy naprawie kompozytu? A łączy się z  wypełniaczem znajdującym się w starym kompozycie, który jest przecież szkłem!


Silan zostawiamy na minutę. A potem delikatnym strumieniem osuszamy powierzchnię.

3. Żeby kompozyt przykleił się do kompozytu, konieczne jest odtworzenie warstwy inhibicji tlenowej.
Co to takiego ta warstwa inhibicji tlenowej? Każdy materiał kompozytowy, każda żywica (np. bond) polimeryzuje z wytworzeniem zewnętrznej, nie w pełni spolimeryzowanej warstwy. To tlen, obecny w powietrzu, hamuje proces wiązania. Warstwa inhibicji jest lepka i mazista, jej grubość zależna jest od kompozycji żywic w danym materiale. Jej obecność gwarantuje połączenie pod względem chemicznym z następną warstwą kompozytu. A gdy jej nie ma, np. na wypiaskowanej powierzchni uszkodzonego kompozytu, należy ją odtworzyć. Najlepiej do tego nadają się czyste żywice, nie zawierające rozpuszczalnika. Nazwy handlowe? Hmmmm...Micerium ma Enaseal. Ja używam Heliobondu. W zębach bocznych adhesivu z systemu OptiBond FL. Z całą pewnością nie może to być bond V-tej generacji (tzw. jednobuteleczkowy), którym niestety pracuje większość z nas. Ma on w sobie rozpuszczalnik, którego nie odparujesz z powierzchni. Przez to na granicy stary kompozyt-nowy kompozyt powstanie półprzepuszczalna błona, która będzie chłonąć wilgoć.








Żywicę delikatnie rozprowadzam strumieniem dmuchawki wodno-powietrznej i utwardzam.

4. Kompozyt. Najlepszy byłby ten sam, którym robiono odbudowy. W badaniach siła połączenia przy takiej kombinacji wypada najlepiej. Niestety nie mam pojęcia, czym robiono te rekonstrukcje,. A nawet gdybym miała, to czy kupiłabym ten materiał dla tej jednej naprawy? Raczej nie...:)
Wybieram masę zębinową i szkliwną z mojej szufladki.





Zębinowa musi być położona tak, by na szkliwo pozostało jedynie 0.5 - 0.7mm. Najlepiej kontrolować to od strony brzegu siecznego





To dość trudny moment, wymaga dużo treningu i wyobraźni :) W małych odbudowach ma to małe znaczenie ale w dużych...To jak z psem: mały pies, mała kupa, duży pies....ech! Zbyt gruba warstwa masy szkliwnej daje nieładne, szare efekty. Cała praca od początku...






Po położeniu masy szkliwnej opracowanie i polerowanie. Odsyłam Cie do odcinka mojego bloga, gdzie szczegółowo, krok po kroku opisuję tę procedurę  http://stomatologiczny.blogspot.com/2013/07/rozowe-pudeko.html


Tutaj przypominam Ci tylko o tym, że narysowanie ołówkiem na powierzchni zęba przynajmniej anatomii pierwotnej znacznie ułatwia sprawę i oszczędza rozczarowań ;)




Po ostatecznym wypolerowaniu pacjentka zeszła z fotela z takim efektem końcowym


Zęby własne uległy wprawdzie odwodnieniu, ale po kilku godzinach wrócą do swojego własnego koloru. Jestem przekonana, że będzie dobrze. Pacjentka była przeszczęśliwa, że naprawa była możliwa. Wszystko, razem z wykonaniem zdjęć, trwało 35 minut.


sobota, 12 października 2013

Przychodzi kumpel...do lekarza

         Piszę kolejnego posta i idzie mi niemiłosiernie wolno. Post rozrasta się, pączkuje, dochodzą nowe wątki. Będzie miał rozmiar małej encyklopedii ;). Ale mała encyklopedia ma swoje wymagania. Okres ciąży jest długi i zanim dziecko/encyklopedia ujrzy światło dzienne, trochę czasu upłynie. Dlatego w oczekiwaniu na ten wielki dzień - mały trik, który zastosowałam wczoraj i którym chętnie się z Tobą podzielę.

Przyszedł do mnie mój kumpel. Taki, co to się go zna od 25 lat (sic!), przeżyło wspólnie niejeden wyjazd na Mazury, przegadało niejeden wieczór i wypiło morze kawy.







Kumpel przyszedł do gabinetu. Ponad 11 lat temu popełniłam u niego kompozytowy most adhezyjny, uzupełniający brak zęba 14. Implanty u nas jeszcze wtedy raczkowały, a szlifowanie zdrowego zęba od dawna wydawało mi się zbrodnią. Nie miałam pojęcia, ile taki most przetrwa. Konstrukcja karkołomna: przęsło oparte z jednej strony na "łapie", a z drugiej na pełnej koronie. Karkołomność polegała na trudności izolacji podczas adhezyjnego zementowania. Bo jak założyć koferdam do adhezyjnego cementowania korony?

Po 11 latach most uległ uszkodzeniu. 11 lat to niezły wynik jak na tego typu pracę. Nawet Dreamliner nie latał tyle, a też jest z kompozytu...;)


Adhezyjny most kompozytowy uzupełniający brak zęba 14,
oparty na łapie od strony językowej zęba 13 i pełnej koronie na 15



Zasugerowałam implant w pozycji 14 i koronę na 15. Ale....no cóż. Ekonomia jest nieubłagana... i pacjent poprosił o powtórkę rozwiązania sprzed 11 lat.

Praca przyjechała z laboru. Na pierwszy rzut oka na modelu nie prezentowała się najlepiej.

Widok od strony policzkowej: strzałki pokazują niedokładne przyleganie mostu. Technik czerwonym ołówkiem zaznacza granice preparacji

Zielona strzałka pokazuje nieszczelność w obrębie "łapy"




Czyżby moje ulubione laboratorium oddało mi złą pracę? Są bardzo dokładni, niemożliwe, że nie zauważyli TAK DUŻEJ nieszczelności.

Wyjęłam "środkowy" słupek ....i praca na modelu wygląda idealnie.


Dodaj napis

Zatem podejrzewam, że praca może w ustach przylegać niedokładnie z powodu przęsła. Delikatna kompresja błony śluzowej powinna pomóc. Niestety nie pomogła. Przy delikatnym ucisku (nie może być zbyt duży, żeby nie złamać cienkiego elementu, jakim jest "łapa") czułam wyraźny twardy opór jakiegoś fragmentu mostu.




Co robić, gdy praca nie "siedzi na stopniu"? Najpierw sprawdź punkty styczne. Wprowadź między pracę protetyczną (koronę/most) a ząb pacjenta pasek celuloidowy. Jeśli nie przechodzi przez ten punkt, zatrzymuje się na nim, to znaczy, że to punkt styczny jest przyczyną tego, że praca "nie siada" na stopniu. Trzeba go wtedy skorygować.

A co, jeśli punkt jest OK, a praca nadal nie wchodzi na miejsce? To oaznacza, że przeszkadza jakiś wewnętrzny jej element . Jak go znaleźć? Moim zdaniem mikrowycisk jest najlepszym pomysłem. Robię go najtańszą rzadką masą wyciskową.






Całą sztuczka polega na tym, że przed usunięciem masy wyciskowej całą jej powierzchnię "rysuję" bardzo delikatnie ostro zakończonym, miękkim ołówkiem. Nie zapominam o pobrzeżach, bo jeśli coś "podpiera" - to właśnie one.

Po usunięciu masy widzę dokładnie punkty, które "podnoszą":


Strzałki pokazują zaznaczone ołówkiem punkty, które "podpierają".

Delikatnie koryguję je wiertłem z drobnym nasypem diamentowym. Powtarzam mikrowycisk i korektę 3 - 4 razy. Wolę robić to wolniej, niż zrobić to zbyt szybko i mieć nieszczelność na krawędzi pracy.


Udało się! Praca idealnie pasowała po kilkukrotnej korekcie. Ale brakło mi czasu na jej osadzenie. Umówiłam kumpla na inny termin. Zatem o tym, jak założyłam koferdam i jaki był efekt ostateczny moich zmagań, przeczytasz w którymś z następnych postów :o))




niedziela, 22 września 2013

Dolce far niente

        
        Gdyby ludzie kochali pracę, ciągle jeszcze oraliby ziemię zakrzywionym kijem i nosili ciężary na plecach.
                                                                                                                                Elihan Feather


           Siedzę sobie w hamaku i delektuję się ostatnimi prawdopodobnie tego lata promieniami słońca.  Niedzielne popołudnie. Nikt ode mnie niczego nie chce. Ani ja od nikogo. Dopięte wszystkie tematy. Zamknięte ponapoczynane wcześniej projekty. Nic nie muszę. Nic mnie nie goni. Wolny umysł niespiesznie przechodzi z ważnego tematu na inny bardzo ważny temat: ...ptak....mucha łazi mi po nodze....wiatr porusza liśćmi...chmura...;o)
           Hamak utwierdza mnie w przekonaniu, że bujanie w obłokach jest  stanem ze wszech miar naturalnym. I pożądanym. Dolce far niente. Cudowny stan. Mój ulubiony. Rzadki. Chwilo trwaj!


Dolce far niente

          Lenistwo jest wpisane w naturę człowieka. I - paradoksalnie -jest motorem wielu jego działań, aktów twórczych, inwencji. Taki na przykład pilot do telewizora! Toż to w najczystszej postaci twórczość jakiegoś leniucha, który, spoczywając na kanapie, szukał sposobu na zmianę kanałów bez zbytniego nakładu  energii. Albo zmywarka! Czy mój ulubiony wynalazek: PRALKA! Gdyby w 1851 roku nie wymyślił jej James King - ja zrobiłabym to teraz. Nienawidzę prania ręcznego nienawiścią czystą! ;o)



W naszej robocie też jest kilka wynalazków, które uwielbiam i które z pewnością wymyślił jakiś Fantastyczny Leń. I chwała mu za to, bo spada nam z głowy część roboty albo część...myślenia. Taki choćby endometr. Albo koferdam (tak, tak, po latach stosowania koferdamu uważam, że to genialne dzieło Lenia, któremu nie chciało się zmieniać wałków  ;o). Albo wskaźnik próchnicy. To jest dopiero patent! Smarujesz wnętrze ubytku i już bez kombinacji i MYŚLENIA widzisz, gdzie jest próchnica. No dobrze, ale możesz powiedzieć, że zębina próchnicowa nie jest aż tak trudna do identyfikacji, by wydawać kilkanaście złotych na ten wynalazek. Zgodzę się z Tobą. I nie zgodzę.

Jak działa wskaźnik próchnicy? Niespecyficznie. Łączy się ze zdenaturowanym kolagenem. Próchnica umiejscawia się w dziwacznych miejscach. Dość trudna do wykrycia bywa na granicy szkliwno-zębinowej. Często jej zasięg nie jest na tyle rozległy, by możliwe było wygodne i pewne badanie zgłębnikiem.

Ubytek próchnicowy po usunięciu poprzedniego wypełnienia.




Próchnica w dnie ubytku jest łatwa do lokalizacji.
Na granicy szkliwno-zębinowej łatwo ją przeoczyć.

Pozostawienie próchnicy w tym miejscu skutkuje dalszym jej rozwojem. Potem tłumaczysz pacjentowi, że na skutek złej higieny doszło do rozwoju próchnicy wtórnej. A to nie jest próchnica wtórna, tylko zalegająca. Niby mała różnica, ale świadczy o Twojej, a nie pacjenta, niedoskonałości.






Ubytek wydawał się opracowany. Jednak kontrola za pomocą wskaźnika próchnicy ujawniła  zmienioną tkankę na
granicy szkliwno-zębinowej.



Wskaźnik próchnicy nie jest substancją wykrywającą bakterie. Reaguje ze zdenaturowaną tkanką. Dlatego może Ci też posłużyć do wykrycia nieszczelnych wypełnień, jak w przypadku poniżej. Pacjentka zgłosiła się do mnie celem ponownego leczenia kanałowego. Leczenie pierwotne, wraz z wypełnieniem, zostało przeprowadzone zaledwie dwa miesiące wcześniej. Dlatego uśpiło to moją czujność i przed rozpoczęciem leczenia kanałowego nie usunęłam w całości starego wypełnienia. Jednak przed założeniem nowego - sprawdziłam ubytek za pomocą wskaźnika próchnicy. I co znalazłam?
Wskaźnik pokazuje nieszczelność pomiędzy wypełnieniem a tkankami zęba. Zauważ, że górne partie wypełnienia mają idealną szczelność, dlatego też wskaźnik nie zabarwił tam tkanki.




Możesz też posłużyć się wskaźnikiem próchnicy w zębach martwych. Gdy ząb jest przebarwiony, a próchnica zajęła dno komory, czasem to jedyny sposób by sprawdzić, czy nie ma jej w ujściach kanałów.


Próchnica w dnie komory i w ujściach kanałów.



Żeby nie było zbyt kolorowo, nie wszyscy są entuzjastami wskaźnika próchnicy. Nie można go stosować bezkrytycznie, ponieważ jest nie specyficzny i daje wyniki fałszywie dodatnie. 
Innymi słowy: tkanka nie jest zainfekowana, a jedynie ma mniejszą mineralizację i już może być zabarwiona wskaźnikiem próchnicy. To dlatego wybarwienie granicy szkliwno-zębinowej nie zawsze będzie oznaczało próchnicę. To dlatego, jeśli opracowujesz ubytek kierując się wyłącznie tym, co pokazuje wskaźnik, usuniesz więcej tkanek, niż jest to konieczne. Zatem stosuj go jako element dodatkowy w wykrywaniu próchnicy, a nie jako jedyny. Podstawą niech będzie badanie wzrokiem i zgłębnikowanie dna ubytku. Mózgiem jesteś Ty. Wszystko inne to tylko narzędzia. Bardzo pomocne, ale tylko narzędzia. Więcej na temat usuwania tkanek zmienionych próchnicowo znajdziesz w artykule:

wtorek, 20 sierpnia 2013

Serce matki.

Dwa dni temu dotarła do mnie informacja o tym,  jak to skradzione w Rotterdamie obrazy Picassa i Moneta zostały najprawdopodobniej spalone przez matkę jednego ze sprawców, która w ten sposób chciała zatrzeć ślady przestępstwa. Ale  zacieranie śladów też pozostawia ślady! W spalonych resztkach odnaleziono gwoździe, służące do przytwierdzania płócien do ramy - w ten sposób śledczy odkryli prawdę. Myślałam sobie, słuchając tej historii, jak wszystko jest nietrwałe i niestałe i jak łatwo dziedzictwo kulturowe można, przez strach i krótkowzroczność (by nie powiedzieć "głupotę", które to słowo wydaje mi się tu najbardziej adekwatne), zamienić w kupkę popiołu. Płótna, warte 100 milionów euro, w jednej chwili przestały istnieć. Straty finansowe nie wydają mi się tu jednak tak dotkliwe, choć przecież wysokie, jak straty kulturalne i duchowe. Nikt już nie zobaczy tych dzieł w oryginale...Nigdy...Coś, co było piękne i dużo warte, w jednej chwili przestało istnieć.


***

Dziś przyszła do mnie pacjentka. Trzy lata temu miała zakładane licówki ceramiczne. Teraz jedna z nich była pęknięta, a szczelina pęknięcia wysyciła się pigmentem i nieelegancko prezentowała się całemu światu. Wszystko jest nietrwałe: zniszczeniu uległy dzieła Picassa, co tu mówić o licówce?!

Kto raz próbował zrobić pojedynczą koronę lub licówkę na siekacza centralnego, ten wie:  d r a m a t !!  I to w bardzo wielu aktach. Czasem prościej wymienić od razu cztery licówki... Zatem jedna rysa na jednej licówce czyni całą pracę protetyczną bezwartościową?! Coś, co było piękne i dużo warte, w jednej chwili przestało istnieć? W pewnym sensie tak...No mogę oczywiście próbować wymienić tylko jedną licówkę, ale koszt czasowy z tym związany może być tak samo duży (albo i większy) jak przy wymianie wszystkich....

Zatem co najlepiej zrobić? Spróbujmy odwlec ten moment...  ;o)






Jedna z licówek pękła, a linia pęknięcia wysyciła się pigmentem

Kiedyś wpadł mi w ręce artykuł: lekarz siódmy rok obserwował pękniętą licówkę.... Czemu by nie spróbować? Ale z drobną modyfikacją (bo brązowa linia pęknięcia denerwuje pacjentkę. I mnie!)

Wiertłem diamentowym w kształcie kulki z nasypem 40 mikronów wykonuję preparację - nie przez całą grubość pęknięcia - jedynie tyle, by zlikwidować przebarwienie i zrobić nieco miejsca dla materiału.



Preparacja linii pęknięcia

Adhezja to adhezja. Jak zrozumiesz prawa, jakimi działa, poruszasz się w niej swobodnie. Wiem, że kompozyt można przykleić do ceramiki. Wiem, bo przecież na ten kompozyt przyklejam licówki i nakłady. Zdarzyło mi się także podnosić zwarcie u pacjentów, użytkujących mosty ceramiczne, poprzez przyklejenie kompozytu do ceramiki. Zatem.....:



Kwas fluorowodorowy.

...wytrawiam krawędzie preparacji kwasem fluorowodorowym. Potem wszystko zgodnie z protokołem trawienia ceramiki: płukanie, suszenie, silanizacja i żywica. Użyłam tu jako silanu MonobonduS a jako żywicy Heliobondu. Jeśli kiedykolwiek mieliśmy przyjemność rozmawiać to wiesz, że mam dwa ulubione bondy. Oba przedwojenne. Jeden to OptiBond FL. Drugi to Syntac Classic. Ponieważ chciałam, by warstwa bondu była tu jak najcieńsza - użyłam Heliobondu ( to składnik systemu Syntac). Polimeryzacja i......kompozyt! Kilka przymiarek kompozytu (szczęśliwie ceramika nie ulega dehydratacji, więc nie zmienia koloru) i wygrał odcień Translucent Amber Premis z odrobiną odcienia OBN Enamel.




Po wypolerowaniu.

Polerowanie było tu kluczowe. Nie mogłam użyć wiertła, żeby nie uszkodzić ceramiki. Do usunięcia nadmiarów użyłam gumki OneGloss. Genialna! Używam jej też do usuwania kompozytu z powierzchni szkliwa. Kompozyt usuwa. A szkliwa nie  ;o) . Potem polerowanie.
Polerowanie w wersji maksimum znajdziesz tutaj: http://stomatologiczny.blogspot.com/2013/07/rozowe-pudeko.html 

Na zdjęciu powyżej widzisz zapewne drobny odbłysk światła lampy pierścieniowej na licu: to granica połączenia ceramika-kompozyt. Zaręczam jednak, że pokryty śliną i w mniejszym rozmiarze ;o) nie był widoczny. Pacjentka była zachwycona. Ja nieco bardziej sceptyczna. Mam świadomość, że to nie jest całkowite, a jedynie doraźne rozwiązanie problemu. Czy się sprawdzi i na jak długo - z pewnością Ci opowiem.




niedziela, 21 lipca 2013

Język Trolla

Jedyny Czas, jaki mnie interesuje, to Czas przeze mnie zatrzymany.
Vladimir Nabokow.

Dla Hani. Dziękując za cały zatrzymany wspólnie czas.


Hania dzwoni. Jeśli Hania dzwoni, to znak, że albo baaaardzo się stęskniła ;o))), albo to jakaś Niezmiernie Ważna Sprawa. Bo Hania nie lubi gadać przez telefon. W odróżnieniu ode mnie, bo ja z telefonu schodzę zasadniczo tylko wtedy, gdy pracuję.

- Czy Ty kochana masz buty trekingowe? - pyta.
Pytanie jest fundamentalne, bo za dwa dni wybieramy się zatrzymywać wspólnie czas. Norwegia. Język Trolla. Tam się ponoć nie wchodzi ani w szpilkach (jaka szkoda!) ani w tenisówkach. Taki Język Trolla potrafi być nieprzyjazny, mokry, pokryty kamlotami i trzeba się dobrze do niego przygotować.

Droga na Język Trolla oznaczona jest krwisto-czerwonymi literami "T". Kolor czerwony ma ostrzegać: Trolle nie są przewidywalne i bywają okrutnie złośliwe. 






- Oczywiście, że mam! - odpowiadam zgodnie z prawdą. Dopiero po dłuższej chwili dociera do mnie, że buty trekingowe, które mam na myśli, kupowałam w sklepie ze szpilkami. No wiesz: taki sklep, gdzie są niemal wyłącznie buty na obcasach, a półeczka z męskimi butami jest maciupeńka i wciśnięta w kąt. Te buty trekingowe miały na pudełku duży napis: BUTY MIEJSKIE, TREKINGOPODOBNE. NIEWODOODPORNE. NIE UŻYWAĆ W GÓRACH, NA ŚLISKIM I NA  MOKRYM. Kupiłam je kiedyś, bo uznałam, że są boskie.

No tak, ale na Język Trolla to się chyba nie nadadzą...
Chciał, nie chciał, sobotni wieczór musiałam spędzić na zakupach (jakie tam znowu "nie chciał"?! ;o))

Siedzę w Intersporcie. Przymierzam buty trekingowe. Takie na Trolla - za kostkę. Pan cierpliwie donosi kolejną parę. Przymierzam już piątą. Wszystkie są  o h y d n e!! Matko, żeby nie były aż tak brzydkie!! - myślę sobie. Pan jakby słyszał moje myśli:
- Najważniejsze, żeby były wygodne - mówi.

Obok mnie siedzi pani, a obok niej jeszcze jedna pani. Wszystkie robią to co ja: przymierzają takie same ohydne buciska. Wreszcie jedna pani nie wytrzymuje i cichutko jęczy. Patrzę w jej stronę.
- Takie brzydkie te buty - pani tłumaczy swoje jęki.
- Prawda? - dodaję z ożywieniem - Człowiek musi wybierać między brzydkimi a bardzo brzydkimi.

Druga pani dołącza się do rozmowy. Na jednej nóżce seksowny sandałek, na drugiej bucisko z goreteksu. Wprawdzie czerwone, ale jednak bucisko.
- Jak sobie pomyślę, że muszę wydać trzy stówy na but, który mi się nie podoba, to.... - tu pani mruczy pod nosem coś, czego nie słyszę. Może i lepiej....;o)

- Nie da się zrobić seksownych trekingowych butów - tłumaczy miły pan.
- Wie pan, co Steve Jobs robił z tymi, którzy mówili mu "nie da się" ??? - pytam.
- No dobrze, da się - mówi szybko pan, jakby wizja tych, których Jobs wywalił z roboty, była mu niemiła - ale takie buty byłyby bardzo drogie.

Dalej rozmowa robi się nudna, bo pan mnie przekonuje, że nie kupiłabym takich butów, a ja pana przekonuję, że z pewnością tak. Każde z nas zostaje przy swoim zdaniu, a ja przekomarzając się z panem dokonuję w międzyczasie wyboru: wybieram najmniej brzydkie buciska, które niestety nie okazują się najtańsze i umykam ze sklepu, bo pan postanowił jeszcze sprzedać mi jaskrawożółty polar (po co robić polar w kolorze, który lubią wszystkie robale świata???) i niebieskie (!) skarpetki do moich nowych butów z seledynowymi wypustkami.



***


Właściwie to miało być o czym innym. Ale Bartek - chodząca skarbnica "pytań do" -  napisał do mnie wczoraj na Facebooku i okazało się, że temat, który uznałam za wyczerpany, obgadany, wyświechtany i niemodny, jest zasadniczo....ciągle mało znany. Zatem przez Bartka ;o) będzie dziś o adhezji.

Kiedy zadaję pytanie na wykładzie: "Jakim systemem łączącym Państwo pracujecie?", najwięcej rąk podnosi się przy V generacji. V generacja systemów łączących to taka, gdzie mamy jedną buteleczką, ale musimy wcześniej wytrawić szkliwo i zębinę. Też stosujesz V generację?

V generacja powstała po....tak!! po IV! :o)) Dentyści to leniwa nacja i nie chciało nam się stosować najpierw (1) wytrawiacza, potem (2) primera i na końcu (3) adhesivu (bo IV generacja składa się z 3 elementów), więc mili panowie producenci połączyli nam dwa ostatnie składniki w jedną buteleczkę. I tak powstał jeden z najtrudniejszych systemów łączących. Najtrudniejszy, bo bardzo wymagający, nie pozostawiający operatorowi miejsca na błąd, a możesz popełnić ich aż 30 w trakcie trwającej 90 sekund procedury!! Te błędy skutkują marną adhezją i nadwrażliwością pozabiegową.

Jeden ze znanych wykładowców, zapytany przez swojego kolegę:
- Nie masz problemów z nadwrażliwością pozabiegową?
odpowiedział:
-Ja???? Skąd! To moi pacjenci mają problemy!

;o))


Zacznijmy od początku, czyli od trawienia zębiny. Po co to robimy? System łączący łączy się z zębiną za pomocą miniwypustek (jest to połączenie mikromechaniczne!), które wnikają pomiędzy włókna kolagenowe. Żeby te włókna kolagenowe uzyskać, trzeba usunąć część nieorganiczną, która je otacza. Robi to wytrawiacz. W zależności od tego jak długo leży na zębinie, tak głęboko ją wytrawia. Jeśli wytrawiasz zbyt długo, strefa demineralizacji może być tak głęboka, że system łączący nie będzie w stanie jej spenetrować całkowicie. W powstałych w ten sposób pustych przestrzeniach przemieszcza się płyn kanalikowy, powodując nadwrażliwość.
Czas trawienia zębiny nie powinien przekraczać 15 sekund. Według Vaniniego (Vanini "Conservative restoration of anterior teeth") trzeba go wydłużyć do 30-60sek. w przypadku sklerotycznej zębiny i do 90 sek. w przypadku zębów pozbawionych żywej miazgi.


Suszenie. To słaby punkt tej procedury. Już 5-cio sekundowy strumień z dmuchawki powietrznej niszczy strefę włókien kolagenowych. Włókna zapadają się, gdy wyparowuje woda, która je podpierała.  Pomiędzy zapadniętę włókna (wyglądają wtedy jak góra makaronu) system łączący nie wnika. Nie ma jak. Zatem nasza adhezja do zębiny, po jej starannym wysuszeniu, wynosi coś około ... 0 MPa. Za to nadwrażliwość pozabiegowa sięga 100%.
Włókien kolagenowych - kluczowych do powstania połączenia z zębiną - nie postawi na nogi ponowne polanie ich wodą. Ani solą fizjologiczną. Ani alkoholem. Jest tylko jedna, jedyna substancja, która może to zrobić. To primer z systemu łączącego IV generacji. Ale zakładam, że tego akurat w gabinecie nie masz.
Zatem zamiast dmuchawki wodno-powietrznej musisz użyć kulki z waty (jeśli masz lupy!, bo wata zostawia kłaczki) lub gąbeczki. Zębina musi pozostać wilgotna. To bezwzględny wymóg dla systemów łączących V generacji. Choć moim zdaniem dość trudny klinicznie do przeprowadzenia. Ale nie niemożliwy. Pracowałam takim systemem kilka lat i miałam jeden tylko przypadek nadwrażliwości.


SCHEMAT TRAWIENIA I SUSZENIA ZĘBINY.
Mam sentyment do tego schematu. Zrobiłam go z 10 lat temu, albo i więcej, gdy moja znajomość komputera była znikoma. O programach graficznych nie wspomnę ;o). Napisy dodałam dziś ;o)



Wstrząsamy, wstrząsamy! Wiele systemów V generacji ma w składzie wypełniacz. Trzeba porządnie wstrząsnąć buteleczką, żeby wypełniacz rozmieścił się równomiernie w całej objętości roztworu. Inaczej będziesz za trzy tygodnie pracować wyłącznie wypełniaczem ;o)

Aplikacja. System łączący musi mieć czas na penetrację strefy demineralizacji. Ten czas uzależniony jest od użytego rozpuszczalnika (aceton lub etanol). Sprawdź w instrukcji, ile tego czasu mu potrzeba. I dołóż jeszcze 5 sekund. Spójrz na zegarek. 20 sekund to niemiłosiernie długo!! Ale nie skracaj tego czasu! Jeśli położysz bond i natychmiast go naświetlisz to...Już wiesz co. Problem ma Twój pacjent ;o)

Acha! Zakręć butelkę natychmiast po użyciu. Rozpuszczalnik, który jest odpowiedzialny za transport żywicy przez strefę demineralizacji to bardzo lotny związek. Paruje! Aceton szybciej niż etanol. Wiesz, jaki rozpuszczalnik jest w Twoim systemie łączącym?

Jeśli rozpuszczalnik wyparuje - system łączący nie ma już zdolności do penetracji przez zdemineralizowaną zębinę. Zatem jeśli asystentka nałożyła Ci bond na aplikator, a potem poleciała z tym aplikatorem wpuścić listonosza, odebrała telefon i wróciła do Ciebie - możesz ze spokojem wyrzucić ten aplikator. Wartościowego bondu na nim nie ma. Nakładaj bond TUŻ PRZED aplikacją do ubytku.

O konieczności zakręcania butelek z bondem poinformuj WSZYSTKICH lekarzy i WSZYSTKIE asystentki pracujące w gabinecie. Co z tego, że Ty pracowicie zakręcasz butelkę, jeśli stoi ona otwarta przez pół następnej zmiany?

Ufff!!! To oczywiście nie jest kompletna lista błędów popełnianych przy aplikacji systemów łączących V generacji. Ale są to błędy przyczyniające się do powstania nadwrażliwości. Procedura adhezji to krótka procedura. Ale najważniejsza. Nie szukam w niej skrótów. Nie kombinuję. Postępuję zgodnie z protokołem. Pacjent i tak siedzi na fotelu godzinę (bo zwykle tyle potrzebuję do założenia dużego wypełnienia) : co mi przyjdzie z tego, że zastosuję system łączący, który skraca aplikację o 30 sekund?



Język Trolla. Jak tam wchodziłam powiedziano mi, że mam pod sobą 1300 metrów powietrza! Po powrocie do kraju sprawdziłam, że było zaledwie....350m ;o) Bez znaczenia! Wrażenie niezapomniane!
















czwartek, 4 lipca 2013

Różowe pudełko.

Dla Agaci M. Agaciu, różowe jest piękne!  ;o)




Mam w gabinecie różowe pudełko. W różowym pudełku są malutkie pierścionki z różowym (a jakże!) oczkiem, naklejki z kotkami, maleńkie ciężaróweczki i grzebyki we wszystkich kolorach. Kiedy pierwszy raz rozpakowałam paczkę z tymi skarbami, te grzebyki wprawiły mnie w prawdziwe osłupienie. Skąd pomysł, że mały grzebyk mógłby być dla malucha fajną nagrodą po wizycie u stomatologa??? Zdziwiłbyś się! Małe grzebyki zawsze rozchodzą się NAJPIERW! Jak świeże bułeczki.


Mała dziewczynka jest zwykle bardzo przewidywalna. Po zabiegu wybiera naklejkę lub pierścionek. Pod warunkiem jednak, że nie ma już grzebyków! ;o)  A po co sięga w ramach nagrody mały chłopczyk? Uważaj!....po...pierścionek! No oczywiście pod warunkiem, że grzebyki się skończyły! ;o)

-No co ty? Pierścionek??? - mama małego chłopczyka jest zwykle zdegustowana - Pierścionki są dla dziewczyn!! (słowa "dla dziewczyn" ociekają w tym momencie pogardą).
Mały chłopczyk jest zdezorientowany. Waha się przez chwilę. Jego rączka niepewnie odkłada do pudełka pierścionek. Widzę, że chciałby stać się właścicielem tego fantastycznego przedmiotu (jak ja to rozumiem!!), ale...ponad wszystko potrzebuje akceptacji ze strony mamy.







-Ależ proszę pani! - czujnie ratuję sytuację - To nie jest jakiś tam pierścionek dla dziewczyn!! To jest Tajemniczy Sygnet Czarnoksiężnika!!

Malec natychmiast sięga do pudełka, chwyta pierścionek i błyskawicznie zakłada go na palec. Dumnie prezentuje go mamie.
- Ale dasz go chyba Zuzi? - mama nie daje za wygraną. Wyraźnie nie spodobał jej się Sygnet Czarnoksiężnika
- Nie, sam będę nosił - odpowiada chłopiec, czym przyprawia mamę o zawrót głowy a mnie o atak śmiechu.


Znacznie gorzej wygląda sprawa z dużym chłopcem. Ma taki 12 lat. Wygląda na 14. Zastanawiam się zawsze, czy propozycja nagrody z różowego pudełka nie będzie nietaktem. Nigdy nie chciałabym obrazić młodego mężczyzny prezentem nie przystającym powagą do jego wieku lub wyglądu ;o)

Wojtek ma 12 lat. Wygląda na więcej. Zabieg był długi i trudny. Trudny dla mnie, bo Wojtek przysypiał w sedacji podtlenkiem azotu przez całą godzinę, nieustannie zamykając buzię. Teraz - wyspany i zadowolony schodzi z fotela. Zastanawiam się, czy dać mu różowe pudełko z nagrodami?? A co tam!! Ryzykuję!

- Wojtusiu, tu jest pudełko z nagrodami, może sobie coś wybierzesz?
Wojtek zapuszcza żurawia do pudełka:
- Phi!! - cedzi wreszcie przez zęby.
Rozumiem, że mój pomysł nie był trafiony. Wojtek z mamą wychodzą, a ja chowam różowe pudełko i zabieram się za wypisywanie karty.
Po trzech minutach rozlega się pukanie do drzwi. Do gabinetu nieśmiało zagląda mama Wojtka.
- Pani doktor, Wojtuś się jednak namyślił. Chciałby samochodzik.

Tryumfalnie zdejmuję z półki różowe pudełko.

Jednak chłopcy w każdym wieku lubią zabawki ;o)




*****


Nie zawsze jednak mam tak trudną sytuację, jak leczenie 12-latka. Czasem zdarzają mi się prostsze leczenia, jak na przykład 6 licówek kompozytowych w technice bezpośredniej. Pokaże Ci jak radzę sobie z opracowaniem końcowym i polerowaniem tego typu rekonstrukcji.

1. Zacznij od wyznaczenia zarysu. Jeśli jest obecna sąsiednia jedynka - staraj się ją skopiować. Jeśli odbudowujesz oba siekacze - dołóż starań, aby były symetryczne.


Pierwszy etap to nadanie zarysu.




2. Drugim krokiem jest określenie anatomii pierwotnej czyli listew brzeżnych : mezjalnej i dystalnej. Listwa jest podłużną krawędzią, na której załamuje się światło. Płaszczyzna pomiędzy krawędziami odbijająca światło nazywa się licem. Na zewnątrz od listew znajduje się "strefa cienia". Wcale nie jest łatwo wymodelować te krawędzie w sposób symetryczny ;o) Spróbuj sam. No dobra, jest to i tak łatwiejsze niż leczenie 4-latków.

Drugi etap: wyznaczenie listew mezjalnej i dystalnej







3. Trzeci krok: stwórz makrogeografię. Makrogeografia to zwykle podłużnie przebiegające zagłębienia na powierzchni szkliwa. One także są dość symetryczne.

Trzeci etap: makrogeografii






4. Po etapie trzecim przystąp do wstępnego polerowania i stworzenia mikrogeografii, czyli drobnych zagłębień na powierzchni szkliwa, dzięki którym mamy do czynienia z rozproszonym odbiciem światła.

Mikrogeografia to drobne zagłębienia na powierzchni szkliwa





Zobacz teraz jak wygląda ta procedura w całości:

                                 




Łatwizna! Jak będziesz to robił następnym razem, i  ogarnie Cię zwątpienie lub ...wk...urzenie, pomyśl o niecierpliwym, wiercącym się czterolatku, stale zamykającym buzię.  Od razu lepiej, prawda? ;o)










Licówki kompozytowe w technice bezpośredniej